Zmiana w szkole, szkoła w zmianie

 Małgorzata Bukowska-Ulatowska: Istota edukacji jest dokonywanie zmian. Zmian w zakresie wiedzy, umiejętności oraz postaw uczniów. Jednocześnie sama edukacja podlega przemianom. W opinii wielu osób dzieje się to zbyt wolno w stosunku do zmian zachodzących w otaczającym nas świecie. Z drugiej strony jednak, zwłaszcza w kontekście polskiej edukacji, słyszymy często o potrzebie stabilizacji, zmęczeniu reformami. A zatem, jak to jest z polska szkoła – czy potrzebuje zmian?

Marcin Szala: To jest wielowątkowe pytanie. Zanim ustosunkuje się niego, pozwolę sobie nawiązać do tego, od czego zaczęliśmy – do samej idei edukacji, w która integralnie wpisana jest zmiana. Uczeń po roku nauki wychodzi inny niż przyszedł, to jest fakt. Ta zmiana może być zarówno dobra, jak i zła. Uczeń rzadko zmienia się tylko pozytywnie lub tylko negatywnie, zazwyczaj jest to pewna mieszanka przemian w rożnych obszarach i kierunkach. Uważam, ze analogicznie wygląda sytuacja zmiany w samej szkole. Zmiana jest wpisana w szkolna rzeczywistość: zmieniają się uczniowie, kolejne pokolenie jest inne niż poprzednie, zmienia się tez świat, czyli kontekst, w którym szkoła działa. Tak wiec, nawet jeśli sposób nauczania nie zmieniałby się, to sumarycznie to, co dzieje się w szkole podlega przemianom. I te przemiany mogą być zarówno pozytywne, jak i negatywne (a zazwyczaj chyba są również mieszanka). A wiec, skoro na zmiany w szkole jesteśmy skazani, powinniśmy zadać sobie pytanie, od czego zależy, czy będą to dobre zmiany? Czyli nie czy potrzebujemy zmiany, ale jakiej zmiany potrzebujemy. Ważnym aspektem, jak mi się wydaje, jest to, na ile dana zmiana jest kreowana przez nas, a na ile stanowi po prostu reakcje na zmieniający się kontekst, czyli na ile zmiana jest proaktywna, a na ile bierna. Źródło zmiany ma decydujący wpływ na powodzenie jej wprowadzenia, a często również na zasadność danej zmiany. A zatem powinniśmy mówić nie tylko o tym, czy potrzebujemy zmian w szkole i jakie powinny one być, ale przede wszystkim, jak je wprowadzać? Czy to, jak się zmieniamy, powinno się zmienić? To jest ważne rozróżnienie, bo jeżeli przyjmiemy, ze w naturę instytucji edukacyjnej jest wpisana zmiana, to w naszych dyskusjach może zawsze powracać argument, ze przecież coś się zmienia – np. podstawa programowa, wiek szkolny czy struktura szkół – a wiec realizujemy jakąś zmianę (do tego często odwołują się ci, którzy są zmęczeni zmianami). I na zawołanie reformatorów, ze szkoła musi podlegać przemianom, konserwatyści powiedzą, że przecież to już się dzieje. Ale zęby ta dyskusja była owocna i skutkowała pozytywnymi przeobrażeniami, powinniśmy rozpocząć ja z metapoziomu – od rozmowy o tym, jak się zmieniamy. Moim zdaniem, to własnie sposób, w jaki zmienia się polska edukacja przede wszystkim wymaga zmiany.

M. B.-U.: Czy możemy zatem powiedzieć, ze obserwowana obecnie w wielu polskich szkołach niechęć do wprowadzania zmian jest konsekwencja sposobu przeprowadzenia kilku wcześniejszych reform oświaty, czy jednak stanowi również wyraz zachowawczości środowiska edukacyjnego albo tez przejaw naszego charakteru narodowego?

M. Sz.: Myślę, ze wszystkie te czynniki odgrywają pewną rolę. Ale zwróciłbym jeszcze uwagę na dwa inne aspekty. Po pierwsze, my – jako ludzie – generalnie nie lubimy zmian, ponieważ zakłócają one nasze poczucie bezpieczeństwa, wymagają wyjścia ze strefy komfortu. I ważne, aby powiedzieć, ze nie jest to złe. Ta zachowawczość daje nam stabilizacje, broni przed pochopnym dokonywaniem zmian. Ale tez stanowi wyzwanie, które trzeba uwzględnić, kiedy planujemy wprowadzenie nowego rozwiązania w organizacji. Musimy być świadomi tego, ze dokonanie zmiany będzie wymagało pracy, energii, przekonania, zapalenia ludzi. Niektórzy mówią, ze zadanie przywódcy można sprowadzić własnie do tego: pokazania grupie, dlaczego miejsce, w którym jesteśmy nie jest wystarczająco dobre, aby tu zostać, a jednocześnie wskazania, dokąd powinniśmy pójść i jak się tam dostać. Druga kwestia, która chciałbym poruszyć dotyczy tego, ze nie uczymy zmiany, nie uczymy, jak sobie z nią radzić, ani nawet tego, jak postrzegać ja jako coś pozytywnego. Mówię o tym, ponieważ jeżeli chcemy, żeby ludzie byli otwarci na próbowanie nowych rozwiązań, to musimy stworzyć kulturę, w której docenia się mądrze wykorzystane porażki jako poszerzające horyzonty dostarczające nowej wiedzy. Tego brakuje w naszych szkołach i na uczelniach. Celem jest jak najlepiej napisać egzamin, udzielając tylko poprawnych odpowiedzi, odpowiedzi, które są z góry określone. Oczekujemy natychmiastowych sukcesów i wyłącznie sukcesów, porażki piętnujemy. Nie cenimy tego, ze ktoś podejmuje kolejne próby zmierzenia się z nowym wyzwaniem. Nie ma przestrzeni do próbowania czegoś nowego bez gwarancji powodzenia, brak cenienia uczenie się na błędach. Wróćmy do wprowadzania reform w polskiej oświacie. Często założenia proponowanych zmian są dobre, ale sposób ich przeprowadzenia – fatalny. Można odnieść wrażenie, ze w opinii osób podejmujących decyzje wprowadzenie nowego rozwiązania ogranicza się do wydania odpowiedniego rozporządzenia, dekretu, zarządzenia. A w procesie zarządzania zmiana jest to, de facto, wyłącznie element późnego początku całego procesu.
(…)

Wywiad ukazał się w czasopiśmie Edukacja Pomorska, nr 59 (10) lipiec-sierpień 2013

placeholder

Strona www.cw.edu.pl korzysta z plików cookies w celach statystycznych. Ustawienia przechowywanych plików cookies możesz w każdej chwili zmienić (dowiedz się jak). Korzystając z tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie ciasteczek.